
Na długo przed uformowaniem się w USA "mafii" polskich operatorów, z Andrzejem Bartkowiakiem i Januszem Kamińskim na czele, pracował tam – wprawdzie raczej na Wschodnim Wybrzeżu niż w "fabryce snów" – Adam Holender, ASC. Urodzony w Krakowie operator kamery pierwszej serii "Czterech pancernych i psa", za oceanem współtworzył zdjęciami m.in. do "Nocnego kowboja" Johna Schlesingera (1969), "Narkomanów" Jerry’ego Schatzberga (1971) i "Bezbronnych nagietek" Paula Newmana (1972), rewelacyjny nurt realistyczny w ówczesnym kinie amerykańskim.
Kiedy te głośne filmy wchodziły na polskie ekrany, w omówieniach zamieszczonych w "Filmowym Serwisie Prasowym",
Adam Holender, zapewne nie z winy redakcji, figurował tylko w czołówkach. Po Marcu’68 cenzorzy pilnowali, by Polak o żydowskich korzeniach, sybirak, który wyemigrował do USA, nie miał w kraju rozgłosu. Holender opuścił Polskę z powodów osobistych, nie politycznych, w dodatku na dwa lata przed Marcową nagonką antysemicką. Tym bardziej nadgorliwe wydaje się przemilczanie w PRL jego zasług. Aby oddać mu sprawiedliwość, trzeba było zmiany ustroju i festiwalu Camarimage. Podczas 15. edycji imprezy, w 2007 roku, autor zdjęć również do filmów:
"Zabić księdza" Agnieszki Holland (1988, Francja/USA),
"Fresh" Boaza Yakina (1994) i
"Dym" Wayne’a Wanga (1995) odebrał Nagrodę dla Polskiego Operatora za Szczególny Wkład w Sztukę Filmową.

Od architektury do filmu
Wkrótce po tym, jak 13.11.1937 roku
Adam Holender przyszedł na świat, został deportowany z rodziną na Syberię. Do Polski wrócił po 10 latach. Studiował architekturę na Politechnice Krakowskiej. Podczas wakacji robił dokumentację fotograficzną zabytków i wtedy fotografia stała się jego hobby. Sprawiła, że zainteresował się filmem i porzucił Politechnikę dla wydziału operatorskiego PWSF w Łodzi. Uczestniczył w realizacji etiud przyszłych sław kina –
"Lampy" Romana Polańskiego i
"Studentów" Krzysztofa Zanussiego. Pod koniec studiów oraz po ich ukończeniu, oprócz przyłożenia ręki do serialu o czołgistach i psie Szariku, zdążył też – jako operator kamery lub II autor zdjęć – na plan kilku filmów kinowych. Współpracował m.in. z takimi mistrzami kamery, jak
Kurt Weber (przy
"Wianie" Jana Łomnickiego, 1963), czy
Tadeusz Wieżan (
"Mam tu swój dom"Juliana Dziedziny, 1963).
Po nowemu
W 1966 roku
Adam Holender dotarł do Nowego Jorku, gdzie mieszka do dziś. Był kierowcą samochodu przewożącego sprzęt operatorski. Z czasem zaczął robić zdjęcia do filmów dokumentalnych i reklamowych. W tym okresie angielski reżyser John Schlesinger poszukiwał operatora, który odważyłby się niekonwencjonalnie sfotografować nowojorską dżunglę w "Nocnym kowboju". Usłyszał o Holendrze i zlecił mu zrobienie zdjęć próbnych, a obejrzawszy rezultaty zaangażował go do filmu. W ten sposób Holender zadebiutował jako samodzielny operator. Obrazując przejmująco prawdziwą historię przyjaźni kolekcjonera podbojów erotycznych (
Jon Voight) i schorowanego rzezimieszka (
Dustin Hoffman) zerwał z atelierową sztucznością. Zastosował proste oświetlenie, tłumaczące się logicznie sytuacją na ekranie. Z uwagi na sceny w tłumie ulicznym i ciasnych wnętrzach naturalnych chciał kręcić film małą kamerą reporterską, z wizjerem lustrzanym ułatwiającym kontrolę obrazu.Nowatorskie metody polskiego operatora natrafiły na opór amerykańskich oświetlaczy i kamerzystów. Realizacja „Nocnego kowboja” była pasmem kompromisów między sposobami tradycyjnymi i nowoczesnymi, ale odświeżające kino efekty stosowania tych drugich na szczęście zdominowały film Schlesingera. To dzięki nim, a więc za sprawą Adama Holendra, "Nocny kowboj" zainspirował reżyserów i operatorów zza oceanu do rozwijania trendu realistycznego.
"Francuski łącznik" Friedkina i
"Ostatnie zadanie" Ashby’ego sporo zawdzięczają naszemu rodakowi z Krakowa. A i on sam z jeszcze większą pewnością sięgał po realizm w "Narkomanach" Schatzberga (z którym pracował też przy filmach:
"Puzzle of a Downfall Child",
"The Seduction of Joe Tynan" i
"Smart Street"), czy w "Bezbronnych nagietkach" Newmana. Jeśli "
Narkomani" sprawiają wrażenie reportażu z życia ćpunów, choć grają ich aktorzy zawodowi, a wszystkie sytuacje są inscenizowane, to jest to w dużej mierze zasługa Holendra. Podobnie jak nasycenie prawdą dramatu matki i córek z "Bezbronnych nagietek".

Drugi powiew świeżości
Adam Holender nie trzyma się realizmu kurczowo. Uważa, że operator nie powinien mieć własnego stylu, ale dobierać styl zdjęć do każdego filmu z osobna, w zależności od scenariusza. Tak postępował w lepszych czy gorszych filmach, które powstały z jego udziałem w drugiej połowie lat 70. XX w. i następnej dekadzie. Jeden z ciekawszych to "
Zabić księdza" Agnieszki Holland, w którym pomógł, na ile się dało, upodobnić Francję do Polski, gdzie zrobienie filmu o księdzu Popiełuszce jeszcze nie było możliwe. Jednak w początkach lat 90. Holender z nieskrywaną przyjemnością powrócił do realistycznych korzeni swojej twórczości. Zdjęciami w filmie debiutanta, Boaza Yakina, "Fresh" – wstrząsającej historii czarnoskórego 12-latka próbującego wyrwać się z getta na Brooklynie – ponownie przewietrzył kino amerykańskie, które zaczynało wówczas zachłystywać się efektami komputerowymi, poetyką wideoklipu itp. Zdjęcia we "Freshu" są mniej drapieżne niż w "Nocnym kowboju" czy "Narkomanach", gdzieniegdzie przeestetyzowane, ale też tchną autentyzmem. Nie zabrakło go również w dwóch bardziej optymistycznych "brooklyńskich opowieściach", które fotografował Holender – "
Dymie" Wanga i
"Brooklyn Boogie" Paula Austera (1995).
Adam Holender jest członkiem American Society of Cinematographers.
Andrzej Bukowiecki / Portalfilmowy.pl
Źródło: Portalfilmowy.pl